11th second…
Kolejny minął dzień, roześmiany, szalony
wieczorem piszę wiersz, lekko smutkiem powleczony…
Nadszedł czas zmian. Czas niepewności, prób i ryzyka.
Czy na pewno o to mi chodziło? Czy konkretnie tego chciałam? Zaryzykowałam. Położyłam na szali całe moje dotychczasowe życie, wraz z jego wszystkimi wzlotami i upadkami. Pochopnie i spontanicznie. Impuls przyszedł z zewnątrz i podjęłam go. Chwyciłam oburącz kurczowo i za nic w świecie nie chce puścić. Mimo rozczarowań, mimo problemów, mimo ciągłego strachu. Nie chce. Nie do końca świadomie zaangażowałam się w długo terminowy plan życia.
Ale tylko dzięki temu danym mi było wyrwać się z błędnego koła mojej dotychczasowej egzystencji. Jakiś czas temu postanowiłam że będę cholernie szczęśliwa. Może wreszcie coś z tym zrobię?
A tym czasem karmię swoje myśli obłudnymi marzeniami, że dam sobie rade. Potrzebuje czasu. Troche spokoju, i więcej dystansu do wszystkiego co dzieje się dookoła mnie I więcej wiary w siebie a mniej egoizmu.
Obudź się, idiotko!

Podoba mi się tu. Dochodzę mniej więcej w tym samym czasie do podobnych wniosków